Programem, któremu warto na początek się przyjrzeć, może być napisany na uniwersytecie Minnesota Minuet. Minuet to program typu "wszystko w jednym": oferuje on niemal komplet usług, które mogą być potrzebne użytkownikowi Internetu. Zawiera obsługę e-maila, news, FTP, telnetu, a nawet przeglądarkę WWW! Niestety, ostatnia dostępna wersja Minueta pochodzi z 1995 roku, co odbija się na jego możliwościach - szczególnie przeglądarki WWW. Dużą zaletą Minueta jest bardzo estetyczny i przejrzysty interfejs użytkownika, zrealizowany z wykorzystaniem znanej biblioteki Turbo Vision firmy Borland, pozwalającej uzyskać w trybie tekstowym okienka obsługiwane na nieco podobnej zasadzie, jak w środowiskach graficznych. Zastosowanie tego sprawdzonego narzędzia sprawiło, że posługiwanie się programem jest bardzo wygodne. .
- A czy szefem jest w dalszym ciągu Dougal Munro?. Gościa z wielkimi honorami. Jeszcze raz uśmiecha się do bohatera. świecić. Żarówka, do której nie dochodzi prąd, zapada w. łatwych określeń, udało mu się przedstawić jego ideje audytorium. Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił taksówkarzowi i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło słońce. Błękitne niebo, obsiane kilkoma kłębiastymi chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. Przeklęte lato. Taksówka zawróciła na bocznej alejce i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie miał sił ruszyć się z miejsca. Za odjeżdżającą taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść dał krok przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w stronę bramy. Z daleka zauważył, że była niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie przyjechał i jeszcze nie zdążył jej zamknąć" -pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał widok na podjazd i resztę ogrodu. Ku jego zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do samochodu były otwarte, a obok stała walizka. Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się po okolicy, ale nikogo więcej nie było. Ruszył do głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie panowała cisza. W sztucznym stawie rzuciła się ryba. Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany trawnik biegł od stawu aż po dom. Przy rogu budynku, na ziemi leżał wąż ogrodowy. Lała się z niego woda. Musiała już długo płynąć, bo dookoła utworzyła się duża kałuża. Tuż koło narożnika budynku leżała para butów. Były to wojskowe, niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są wysokie, bo ich cholewki zasłaniał narożnik domu. Z wnętrza willi przez otwarte okno dobiegło głośne uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W jadalni panował półmrok. Stół zastawiony był dla dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko jedna osoba - Czarny. Robert siedział obok niego przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze raz uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, łapał oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł głowę. Otarł policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie poruszał się, bo nie mógł. W jego czole widniał mały otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki pozostaje zwykle po kuli wystrzelonej z pistoletu o podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i domknął powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, wyła syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi zgromadził się na nabrzeżu i obserwował jakiś wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. Przez szybkę widział jak policyjna motorówka podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. To ja - krzyczał do słuchawki. Miał szczęście Cleo była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie zadowolenia, że słyszy jego głos. - To ja. Robert.. Czterech ludzi chwyciło małego fiata Rafała i przestawiło go o dwa metry do tyłu. Następnie podbiegli do dużego fiata wujka Andrzeja, unieśli tył i przekręcili go do przodu, dzięki czemu wokół volkswagena pani Krystyny pojawiła się wolna przestrzeń. Jeden z owych ludzi zaczął manipulować kluczykiem przy zamku i natychmiast wybuchło przeraźliwe wycie. Człowiek z miejsca dał spokój kluczykowi. Tylna klapa ogromnej ciężarówki opadła ze szczękiem, na zewnątrz wyjechała pochylnia. Sześciu ludzi zaczęło wpychać na nią volkswagena, po kawałku, unosząc go, bo koła miał zablokowane ręcznym hamulcem, a do tego jeszcze pani Krystyna zostawiła go na biegu. Znajdował się już w połowie, kiedy nastąpiły dalsze wydarzenia. Z dwóch stron pojawiły się nagle dwa samochody. Jeden stanął w poprzek przed maską ciężarówki, drugi znalazł się z tyłu. Zastawiły jej drogę. Równocześnie jak spod ziemi wyrośli policjanci, błysnęły flesze, zaświecił potężny reflektor. Złodzieje na króciutki moment skamienieli, po czym dali spokój volkswagenowi, zepchnęli go na jezdnię, skoczyli do ciężarówki, dwóch do szoferki, reszta do pudła, pochylnia wjechała z powrotem, warknął silnik. Nie bacząc na przeszkodę w postaci granatowego volvo, olbrzymia ciężarówa ruszyła. Przedtem jednakże wkroczył do akcji Pawełek. Przepychanie na pochylnię volks wagena zaabsorbowało wszystkich, nawet kierowcę ciężarówki, do tego stopnia, że nikt nie zwracał uwagi na nic innego. W szoferce było pusto. Bez chwili namysłu Pawełek przemknął za przestawionym fiatem wujka Andrzeja i dopadł przednich kół ciężarówki. Spod kurtki wyrwał parasolkę Janeczki, zabraną z domu wyłącznie na wszelki wypadek. Dwa energiczne ruchy wystarczyły, para kół z sykiem zaczęła siadać, na co nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi. Pawełek zawahał się na ułamek sekundy, w kucki prześlizgnął się dalej, z drugiej, pary koło zewnętrzne nie stanowiło problemu, z wewnętrznym było trudniej. Zdołał w końcu wbić parasolkę poza protektorem, przy czym aż się spocił z wysiłku i emocji. Nie zwlekając, przemknął z powrotem i ukrył się za fiatem. W tym samym momencie porucznika dopadł Chaber. Porucznik był zajęty, miał dać sygnał do ataku, na jego znak miały zapalić się reflektory i błysnąć flesze, tymczasem pies najwyraźniej w świecie o czymś gwałtownie zawiadamiał i czegoś chciał. Przytulony do żywopłotu obok furtki porucznik zakłopotał się, trwało to dwie sekundy, po czym za psem zmaterializowała się Janeczka. - No, już! - wysyczała dzikim szeptem. - Niech pan idzie! On coś znalazł! Ważnego! Porucznik przestał się wahać, w nim również ugruntowała się wiara w nadprzyrodzoną mądrość psa. - Zapalać! - zakomenderował szeptem w radiotelefon i nie patrząc na rezultaty rozkazu, popędził za Chabrem. Za nim bezgłośnie, na gumowych zelówkach, popędziła Janeczka. Za żywopłotem została ciotka Monika, gubiąca w błocie ranne pantofle, wpatrzona równocześnie w volkswagena na pochylni i w jakiś ruch, który dostrzegła z drugiej strony. Zaświeciły reflektory, ciotka Monika przetarła oczy... Wielka ciężarówka przejechała zaledwie metr. Te prawe przednie koła jednakże były jej potrzebne, same obręcze nie nadawały się do jazdy. Całe olbrzymie pudło przechyliło się lekko na jedną stronę, przysiadło, zarzuciło i zamarło w bezruchu, o parę centymetrów od granatowego volvo. Zabrzmiały rozmaite okrzyki, ilość policjantów wzrosła zdumiewająco, złodzieje nie mieli szans. Dobrowolnie zaczęli wyłazić z szoferki i pudła, jeden rzucił się do ucieczki, ale został natychmiast złapany. Najbliższy policjant poświecił do wnętrza pojazdu. - O kurza twarz! - wrzasnął z zachwytem. - Mamy dowód rzeczowy! BMW! Babcia na górze również wydawała rozmaite okrzyki, których słuchali z przejęciem pani Krystyna i wujek Andrzej przy dwóch różnych aparatach telefonicznych. W końcu, w wyniku nieopanowanych emocji, wyrwała wtyczkę z gniazdka. Nie bacząc na to, nadal relacjonowała wydarzenia, na szczęście jednak dziadek już był na górze i wetknął wtyczkę z powrotem, odbierając babci słuchawkę. - Zdumiewające - powiedział. - Taki nadzwyczajny przypadek jest wręcz niemożliwy. Mam wrażenie, że chcieli staranować to volvo i uciec, ale właśnie w tym momencie wysiadło im przednie koło. Oba, bo mają podwójne. W jedno jeszcze mógłbym uwierzyć, ale dwa...? Nie, więcej! Widzę, że środkowe też siedzi... Dwie pary kół...! Czy nasze dzieci nie rozrzuciły tam przypadkiem jakichś gwoździ...? Chaber doprowadził porucznika wraz z biegnącą za nim Janeczką aż za skrzyżowanie. Za ich plecami było już widno jak w dzień i rozkręcała się cała akcja. Przed nimi panował mrok, rozjaśniony gdzieniegdzie blaskiem latarń, i w tym mroku porucznik dostrzegł psa, wystawiającego jakiś samochód. Popędził ku niemu na wszelki wypadek, nie mając pojęcia, czy jest mu to do czegoś potrzebne. Był o pół metra, kiedy samochód nagle zaszumiał silnikiem, odbił od krawężnika i wyprysnął do przodu. - WAW 1824 - powiedziała z tyłu Janeczka nieco zdyszanym głosem. - I mogę się z panem założyć o wycieczkę do Honolulu, że w tym samochodzie siedział przestępca. Jakiś od tamtych złodziei. Możliwe, że pilnował, albo sprawdzał, jak im wyjdzie, albo co. Wszystkiego nie mogę wiedzieć tak od razu. Porucznik najpierw zapisał numer, a potem popatrzył na nią. -Z czego wnioskujesz? - spytał rzeczowo.. Wysiadł i udał się w stronę pierwszego autobusu. Stało tam w szere-. - Powiem panu prawdę - wyznał, wyraźnie wstrząśnięty. - Ja wcale nie wiem, czy bym się tego dokopał. Panie, ja mam duży piec, możliwe, że ten dół na połowę i poszłoby z dymem... - To i lepiej, że zdążyłem. I dla mnie korzyść, i dla pana. Wszyscy byli tak przejęci sytuacją przy szafie, że nikt nie zwrócił uwagi na ogromny samochód, przejeżdżający szosą. Samochód przejechał, zwolnił, zatrzymał się i cofnął. Coś zaczęło się dziać w odległości piętnastu metrów za ogrodzeniem. Na dziedzińcu pojawiła się żona człowieka z siekierą. Druga żona, poprzednia właścicielka szafy, ze łzami w oczach opowiadała jej, jak ten idiota, mąż, schował wszystkie pieniądze w skrytce, ukrył to przed nią, nic nie wiedziała, w nowym domu ustawili nowe meble, a te stare sprzedali, bardzo tanio, to każdy musi przyznać, za grosze, darmo prawie, nagle ten pan kupiec przyjechał, męża nie było, oddała mu wszystko, a mąż dziś wrócił i o mało jej nie zabił, od baranic wyzywał, gdzie sens, baranica to jest taki kożuch dla stróża. A trzeba było tajemnicy nie robić, tylko zwyczajnie powiedzieć, że w szafie jest skrytka... - A pewnie, a pewnie - przyświadczała żona człowieka z siekierą, starając się nie ujawniać ciężkiego rozgoryczenia. - Oni wszyscy głupie. Tyle dobra by się zmarnowało, Bożeż ty mój... Dzieci człowieka z siekierą poświęciły się już bez reszty penetracji rozmaitych szufladek, półeczek i innych zakamarków zwalonych na podwórzu rupieci. Janeczka i Pawełek, zachwyceni wydarzeniem, powolutku zaczęli wycofywać się w kierunku bramy. Od strony szosy dobiegał rzęgot podobny do hałasu, jaki robi śmieciarka miejska, nieco tylko cichszy i mniej brzękliwy. Osobnik z dwiema torbami pieniędzy wyprostował się nad pustymi szufladami.. Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. .